Odkąd pamiętam, ciągnęło mnie w świat. Moim pierwszym przewodnikiem był mój kochany dziadek, którego uważność i umiejętność obserwacji do dziś budzi mój podziw. To dziadkowie zabrali mnie na pierwsze zagraniczne wakacje i także oni niemal co weekend wyciągali mnie na wycieczkę po tak zwanej okolicy, czyli po miasteczkach i górach mojej małej ojczyzny, Dolnego Śląska.
W wieku kilkunastu lat, już nie z rodziną, a z dziewuchami, wyjeżdżałam na pierwsze samodzielne tripy, których faktyczne destynacje niekoniecznie zawsze były znane mojej drogiej mamie. Rosłam ja, rósł apetyt. Zwiedzałam europejskie stolice i nie przeszkadzało mi, jeśli nikt nie chciał mi w tych wyprawach towarzyszyć. Z powodów, których nie umiem wyjaśnić, zawsze ciągnęło mnie na wschód. Autostopem przejechałam cały Półwysep Bałkański i Turcję, żeby dostać się do Gruzji, do której zresztą później wróciłam. Tajlandię pokochałam, podróżując po niej bez żadnego planu - nie wiedząc, gdzie będę spała następnej nocy, przemieszczając się lotami, skuterem czy promem do kolejnych zakątków Krainy Uśmiechu. W kazachskich i kirgiskich górach zostawiłam kawałek swojego serca, po który będę musiała wrócić. Jeśli czegoś nauczyłam się w podróży to tego, że słowo “normalność” brzmi jak żart.
Zaczytując się w reportażach Tiziano Terzaniego i Tomka Michniewicza postanowiłam zostać dziennikarką. Żadną reporterką ze świata, po prostu, tu i teraz, przyglądałam się sprawom społecznym, ekologicznym, naukowym i kulturowym. To było spełnienie marzenia, do którego poza kochaną przyjaciółką nie dopingował mnie nikt. A potem przyszła bessa. Długimi miesiącami nie chciałam przyznać przed sobą, że miejsce, w którym jestem, przestało mi służyć. Skoro ja nie byłam w stanie powiedzieć “stop”, zrobiło to za mnie moje ciało, wywracając mi zdrowie do góry nogami. Organizm wystawił mi rachunek, słony skądinąd. Stanęłam więc w martwym punkcie, z niespodziewaną i nagłą koniecznością wymyślenia zawodowej siebie na nowo. I tak się tułam.
Do Berlina na przykład, do którego podwoziłam nieznajomą pasażerkę. Rozmawiałyśmy, dużo i głęboko, od razu - o świecie, o pasji, o ranach. Ona też zgubiła ścieżkę. Gosia ma na imię, perła taka, może znacie. I tak przypadkowe spotkanie na zakręcie zamienia się we wspólne poszukiwanie nowej drogi i budowanie kobiecej wspólnoty.