Dorastałam w małym miasteczku, w tradycyjnej katolickiej rodzinie, w świecie, który od początku podpowiadał mi, jak powinno wyglądać dobre i uporządkowane życie. Była w nim wiara, zasady, zaangażowanie, śpiew w kościele i wyraźnie nakreślona rola kobiety — oddanej, odpowiedzialnej, dzielnej. Długo z naturalną łatwością wpisywałam się w ten porządek. Później podobnie „rozsądnie” wybrałam drogę zawodową: ukończyłam prawo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, od 2006 roku jestem prawniczką, a od 2011 roku radcą prawnym.
Zbudowałam zawód, który dawał bezpieczeństwo, uznanie i poczucie sensu. A jednak z biegiem lat coraz wyraźniej czułam, że pod tą dobrze ułożoną konstrukcją pulsuje inne życie — bardziej moje, bardziej żywe, bardziej odważne. Przełom nie przyszedł nagle i kosztował mnie wiele. Rodził się we mnie długo, przez zmęczenie, przeciążenie, wypalenie zawodowe i pytania, przed którymi nie dało się już uciekać. To był moment, w którym życie zatrzymało mnie wystarczająco mocno, żebym wreszcie mogła usłyszeć siebie. I kiedy padło pytanie, czego naprawdę pragnę, odpowiedź przyszła natychmiast: podróżować. To jedno słowo otworzyło we mnie przestrzeń, której wcześniej nie umiałam nazwać.
Na początku nie chodziło jeszcze o zmianę zawodu ani o wielki plan. Chodziło o zgodę na to, by zrobić pierwszy krok w stronę siebie. Potem następny. I kolejny. Z czasem zaczęłam rozumieć coś bardzo ważnego: żaden z tych kroków nie był przypadkowy. Każdy był po coś. Każdy czegoś mnie uczył. Każdy przygotowywał mnie do następnego etapu, nawet jeśli wtedy jeszcze tego nie widziałam. Najpierw musiałam nauczyć się odpuszczać to, co już nie było moje. Potem stawiać granice. Później odzyskać odwagę, by zacząć marzyć na nowo. A kiedy wpuściłam do swojego życia podróże, okazało się, że nie są one ucieczką od „prawdziwego życia”, tylko drogą powrotu do jego najprawdziwszej wersji.
To właśnie w drodze zaczęłam odzyskiwać wolność, lekkość, sprawczość i zachwyt. Zobaczyłam też, że wszystko, co przeżyłam wcześniej — także trudne doświadczenia, życiowe burze, budowanie siebie od nowa — ma sens i może stać się fundamentem czegoś zupełnie nowego. Od tamtej pory konsekwentnie tworzę swoje życie na innych zasadach.
Byłam już w 56 krajach na 5 kontynentach, a świat stał się dla mnie nie tylko przestrzenią przygody, ale także głębokiej nauki o człowieku, odwadze i zaufaniu do życia. Uwielbiam góry i to one szczególnie uczą mnie pokory, siły oraz wewnętrznej ciszy. Realizuję Koronę Europy, mam doświadczenie w trekkingach długodystansowych z pełnym ekwipunkiem — między innymi podczas czterech kilkunastodniowych wypraw do północnej Szwecji za koło podbiegunowe — a także w wyprawach wysokogórskich: w Himalajach, m.in. do Everest Base Camp (5364 m), na Kazbek (5054 m), Jebel Toubkal (4167 m) i Kilimandżaro (5895 m). Ukończyłam również kurs turystyki zimowej oraz kurs turystyki alpejskiej. Są też podróże, które szczególnie mocno mnie ukształtowały. To samodzielna wyprawa na Jawę i Sumatrę z moim dwunastoletnim synem, podczas której weszliśmy na dymiący wulkan Ijen i zamieszkaliśmy na pięć dni w dżungli z plemieniem Mentawai na Siberucie. Gwatemala przemierzana bez planu, wszystkimi możliwymi środkami transportu, z otwartością na to, co przynosi droga. Uganda przeżywana podczas wyborów prezydenckich, przy odłączonym internecie, wyłącznie wśród poznanych na miejscu ludzi.
Takie doświadczenia uczą mnie, że najcenniejsze podróże nie prowadzą tylko przez mapę, ale przez wewnętrzną przemianę. Z czasem stało się dla mnie jasne, że chcę tworzyć takie doświadczenia również dla innych kobiet. Najpierw przyszły pierwsze organizowane przeze mnie wyjazdy: Islandia i Oman w 2024 roku — kameralna wyprawa dla trzech kobiet; potem Maroko w 2025 roku i Gwatemala w 2026 roku, już dla ośmioosobowych grup. Równolegle pojawiły się kolejne drzwi, których wcześniej nawet nie brałam pod uwagę — wyjazdy jako przewodniczka z Logos Travel Marek Śliwka: Kilimandżaro w październiku 2025 roku oraz Rwanda/Uganda na przełomie grudnia 2025 i stycznia 2026. I właśnie gdzieś po drodze pojawiła się też Sandra — moja dzisiejsza wspólniczka. Spotkałyśmy się w momencie, który dziś wydaje mi się nieprzypadkowy, jakby życie bardzo subtelnie układało kolejne elementy tej samej historii. Od początku czułam, że pięknie się uzupełniamy. Sandra jest dziennikarką, kobietą o niezwykłej lekkości słowa, ogromnej klasie w sposobie bycia i wyrażania siebie. Potrafi pięknie mówić i pisać, ma wyjątkową uważność na ludzi i świat, a bliskie są jej tematy społeczne — szczególnie te, które dotykają kobiet, ich głosu, doświadczeń i miejsca w świecie. Połączyła nas również ta sama niespokojna ciekawość świata. Sandra jest szaloną podróżniczką, a na początku naszej znajomości to właśnie opowieści o jej samodzielnych wyprawach przyciągnęły mnie do niej najmocniej. Było w nich coś z odwagi, wolności i świeżego powietrza — kupiony spontanicznie bilet do Kazachstanu, wyprawa do Arabii Saudyjskiej, podróże podejmowane z serca, z impulsu, z głębokiej potrzeby życia pełnią.
Potem przyszedł pomysł podróżniczych podcastów i to on zbliżył nas do siebie jeszcze bardziej. Z rozmów, inspiracji i wspólnego patrzenia w podobnym kierunku zaczęło rodzić się coś większego. Dziś razem budujemy spójną wizję kobiecego biura podróży — miejsca, które ma być czymś więcej niż organizacją wyjazdów. Chcemy tworzyć przestrzeń dla kobiet spragnionych doświadczenia, ruchu, wolności, odwagi, piękna i prawdziwego spotkania — zarówno ze światem, jak i z samą sobą. Ja wnoszę do tej wizji doświadczenie prowadzenia wypraw, gór, drogi i przemiany, która wydarza się w podróży. Sandra wnosi słowo, opowieść, wrażliwość społeczną, komunikację i niezwykłą umiejętność nadawania sensu temu, co przeżywane. Razem tworzymy całość, która nie jest przypadkiem, lecz konsekwencją wielu pozornie odległych kroków.
Dziś widzę to wyraźnie: gdybym wcześniej nie odważyła się pojechać w Himalaje, nie zrobiła samotnych i wymagających wypraw, nie uczyła się prowadzić grup, nie ufała swoim pomysłom, nie przechodziła przez własne życiowe zwroty i nie budowała siebie kawałek po kawałku na nowo — nie byłoby mnie w tym miejscu. I podobnie nie byłoby tej wspólnej drogi z Sandrą, gdyby każda z nas wcześniej nie szła swoją własną, momentami dziką i nieoczywistą ścieżką. Każdy etap miał znaczenie. Każdy był potrzebny. To, co kiedyś wydawało się rozproszone i nieoczywiste, złożyło się w spójną opowieść.
Dlatego powstające dziś biuro podróży dla kobiet nie jest dla mnie tylko nowym projektem zawodowym. Jest naturalną konsekwencją całej drogi, którą przeszłam. Jest odpowiedzią na głębokie przekonanie, że podróż może być czymś znacznie więcej niż wyjazdem. Może stać się początkiem nowego rozdziału, odzyskiwaniem siebie, oddechem, odwagą i przypomnieniem, że życie można tworzyć po swojemu. Równolegle wróciłam także do swoich artystycznych i cielesnych korzeni. Uczę się w Biodanza Schule Berlin – Mitte i w przyszłości chcę prowadzić zajęcia, łącząc biodanzę z podróżami. Coraz mocniej czuję, że właśnie tam spotykają się wszystkie ważne dla mnie światy: ruch, ciało, wolność, kobiecość, natura, wspólnota i transformacja. Dziś już wiem, że zmiana rzadko przychodzi jednym wielkim ruchem. Częściej zaczyna się od ledwie wyczuwalnego zwrotu wewnątrz siebie. Od jednej decyzji. Jednego „tak”. Jednego kroku, który z początku wydaje się mały, a po czasie okazuje się początkiem całkiem nowego życia. Z tej właśnie prawdy wyrasta nasza marka i nasze biuro podróży dla kobiet — z doświadczenia, odwagi, zaufania i z przekonania, że kiedy naprawdę słuchamy siebie, droga zaczyna się odsłaniać.
Ta historia nie jest więc tylko o podróżach. Jest o powracaniu do siebie. O wybieraniu życia, które naprawdę jest nasze. I o tym, że czasem trzeba przejść bardzo długą drogę, żeby wreszcie znaleźć się dokładnie tam, gdzie od początku czekało na nas serce.